środa, 27 kwietnia 2016

Mój drugi najpiękniejszy dzień w życiu...


O swoim drugim i najpewniej ostatnim najpiękniejszym dniu w życiu, pisałam dawno. Moje odczucia spisywane na gorąco, żywe, szczere, postanowiłam opublikować dopiero dziś. Prawie 5 miesięcy później... Musiałam dojrzeć do tego wszystkiego, lekko wyciszyć swój umysł, chociaż nie ukrywam, że to co się wtedy wydarzyło jest nadal świeże... Nadal czuję ten sam strach i taką samą radość... Weźcie kawkę, ciacho czy co wolicie i zasiadajcie... :)

Wizyta 4.12 i KTG, nie zapowiadały szybkiego pojawienia się nowego członka rodziny. Korzystałam więc z pięknej weekendowej pogody, żartując, że nie dostanę mikołajkowego prezentu.
7.12 w poniedziałek, jak zwykle rano odwiozłam Emi do przedszkola. Jeszcze zrobiłyśmy sobie mały spacer. Poinformowałam dyrekcję o ewentualnych zmianach osób odbierających córę i wróciłam do domu. Na moment usiadłam przed TV i wtedy, ok. 11 zaczęły się dziwne, jakby kłujące bóle. Tak co 6 minut. Z czasem były coraz mocniejsze, więc jak to przy przepowiadających, ćwiczyłam sobie oddychanie :) TeleKTG (o nim w kolejnym poście) nie wykazało żadnych skurczy, ja natomiast niepokoiłam się dziwnie zwalniającym tętnem, podobnie jak w piątkowym badaniu. Zadzwoniłam do położnej, poszłam napisać post i pod prysznic. Ponieważ nic nie przechodziło, więc dla spokoju zdecydowałam, że pojadę to sprawdzić - sama! :) Przecież obiecałam :) Ogoliłam nogi (jakżeby inaczej :P), poprosiłam tatę żeby odebrał Emilkę i w drogę. Po drodze złapało mnie kilka skurczy, więc albo ściskałam kierownicę, albo prostowałam nogi (akurat stałam na światłach). W szpitalu byłam ok. 14, z uśmiechem mówiąc, że chciałam sprawdzić bo chyba rodzę. Patrzyli na mnie dziwnie, gdy okazało się, że przyjechałam samochodem sama z... 6 cm rozwarciem :D Ok. 14:30 trafiłam na salę przedporodową. gdzie przyszła do mnie mama (z Emi nie zdążyłam się już zobaczyć), podłączono mnie pod KTG. Powiem Wam, że myślałam, że ból będzie gorszy ;) Było już za późno na znieczulenie, skurcze dosyć mocne, ale ściskanie mamy ręki i powtarzanie "Dam radę, dam radę" pomagało. Przy okazji - mamuś dziękuję!!
Tętno znowu dziwne, aczkolwiek dla personelu chyba w granicach normy. Szybko pojawiło się magiczne 10 cm i bóle parte, jednakże nadal nie odeszły wody. Wtedy zaczął się koszmar...

Mama została wyproszona, do mnie przyszli lekarze. Jedna z nich podczas badania przebiła pęcherz (bolało jak jasna cholera!) i postanowiła wygniatać wody... W pewnej chwili znieruchomiała. "Pępowina wypadła. Blok operacyjny! Biegiem!!"
Resztę pamiętam jak przez mgłę, jak migawki filmu... Ktoś stale trzymał pępowinę w środku, żeby dziecko się nie udusiło. Pamiętam mamę na korytarzu, jej przerażoną minę, uśmiech gdy mnie zobaczyła i słowa "Wszystko będzie dobrze", jej uścisk ręki, mój płacz, że tak bardzo się boję (zawsze bałam się cc, zwłaszcza ewentualnej narkozy). Pamiętam jak biegli ze mną na salę operacyjną, a tam maseczka, podpinanie pod urządzenia, papiery do podpisania, położna głaskająca mnie po ręce, dodający otuchy anestezjolog i ostatnie co zapamiętałam to jego krzyk "Było tętno! Słyszałem przed chwilą. Było!".

Obudziłam się ok. 18. Maseczka, bolące gardło, dreszcze. Wtedy dowiedziałam się, że o 16:02 urodził się mój drugi CUD - Antosia - malizna 54cm/3100g, ale z 10 pkt. Przewieźli mnie na pooperacyjną, przyszli na moment rodzice, mama pokazała mi jej zdjęcie - moja kruszyna w inkubatorze. Zobaczyłam ją dopiero we wtorek ok 12. Przytulić mogłyśmy się dopiero wieczorem... Tosia miała objawy wcześniactwa - zaburzona termoregulacja, słabe napięcie, bez chęci do życia, nie chciała jeść... Ciągle tylko spała. CRP miała podwyższone, nikt mi nie potrafił (a może nie chciał) powiedzieć czemu. Powiedziano mi, że od momentu wypadnięcia pępowiny, do pojawienia się Tosi, minęła ok. minuta... To był naprawdę ekspres i walka z czasem, musiałam dostać końską dawkę środka usypiającego, co mogło dostać się też do jej organizmu... Gdy mała została wyciągnięta i darła się wniebogłosy, wszyscy na operacyjnej odetchnęli z ulgą i zaczęli żartować. Bali się, bo takie porody zdarzają się w 0,7% wszystkich porodów. Wszystkim ulżyło, a ja potem w karcie przeczytałam wielki czerwony napis "Groźba zamartwicy płodu". Ona mogła umrzeć... Mogła zostać roślinką... Ktoś musi nad nami, nad nią czuwać, Antosia z pewnością ma swojego Anioła Stróża.
Podobno po bliźnie widać jak się spieszyli. Jest długa i brzydka, ale mało mnie to obchodzi wiecie? Nie wybieram się na porno miss ;)

10.12 wyszłyśmy do domu, obydwie w stanie dobrym wg. wypisu. Antosia praktycznie nie jadła, nie przybierała na wadze, non stop spała. Była strasznie blada. Dzień przed planowaną wizytą u pediatry, dostała kataru, Już u lekarza, na nóżce pojawiły się wybroczyny. W tempie ekspresowym trafiłyśmy do szpitala im. Św. Ludwika na ul. Strzeleckiej. Spędziłyśmy tam 10 dni, w tym calutkie święta, ale na szczęście Tosia zaczęła jeść, tyć i wyzdrowiała. Okazało się, że moja 2 tygodniowa kruszyna miała zapalenie płuc spowodowane nieznanym drobnoustrojem (w szpitalu było 11 dzieci po cc z tego okresu i szpitala w którym rodziłam, z tymi samymi objawami. Lekarze zastanawiali się o co chodzi, ponoć szpital nie odśluzowuje po porodzie), ogromną bakterię w pępku i pęcherzu, którą dostałyśmy w prezencie... W momencie pisania tego wpisu, Tosia nadal była blada, brała leki, musiała mieć często badany mocz, ale ważyła już 4250g i walczyła. Podejrzewali u nas także obniżone napięcie mięśniowe. Generalnie szpital gdzie rodziłam, olał złe wyniki Tosi, zakażenie toczące się w jej organizmie, nie wykonał badań. W efekcie do szpitala trafiłyśmy w stanie średnim i dzięki Bogu za katar, bo nie wiem co by było.
W szpitalu wiadomo, ciężko, taka malizna, kroplówki, igły w główce. Ja słaba, chora, ze złymi wynikami, daleko od Emi...

O mojej cesarce pisać nie będę. Nie było tak źle jak piszą jeśli chodzi o pionizację itp, dużo szybciej chodziłam i siadałam niż po sn, ale ból przy wstawaniu, długi czas żeby zobaczyć córę, a przede wszystkim zakaz noszenia 6 msc, ćwiczeń i nakaz uważania na siebie powodują, że 1000x bardziej wolę sn bez znieczulenia. Tym bardziej nie rozumiem cc na żądanie.

Przeżyłam to, czego bałam się najbardziej. CC, intubowanie... Najważniejsze jednak, że Tosik żyje i mam swoje 2 cuda. I nie myślałam wtedy o sobie. Bałam się o nią i modliłam się, żeby i mnie nic się nie stało, bo przecież jeszcze moja Misia została i słyszała o nagłej operacji, pępowinie itp. Bardzo się denerwowała, płakała...
www.google.pl
W tej chwili Emi jest nadal zazdrosna o siostrę, lekko złośliwa, ale też w niej zakochana. Tosia niedługo skończy 5 miesięcy, jest wesolutką dziewczynką, mającą już swoje przyzwyczajenia i ważącą ok 6260g. A ja mam nadal -14 kg, staram się by było ich mniej, niestety mój kręgosłup i ciśnienie czasem świrują. Odczuwam też kłucia i pobolewania brzucha w miejscu cięcia, co jest negatywnym skutkiem, jednym z kilku, ale... życie dzieci najważniejsze.

I niech mi jeszcze raz ktoś powie, że jak miałam cc to nie rodziłam, to uduszę... Sorry moi mili, ale w grudniu kapusta nie rośnie, a bociany stacjonują w Afryce.

Uciekam do dziewczyn, gratulacje wytrwałości tym, którzy dotrwali do końca :)

12 komentarzy:

  1. Trudny to musiał być poród, sama miałam z Polką taką szybką cesarke (nie aż tak), bi zaczęła się dusić pępowiną. Też pod narkozą i ponoć w ostatniej chwili, bo mi ordynator wypominał, że mu ciśnienie podniosłam;) cesarka cesarką, ale to co przeszłyście później jest straszne. Zaniedbanie i niedopatrzenie ze strony szpitala. Cieszę się, że dobrze się skończyło.
    Też nie wiem jak można chcieć cc. Emila udało się urodzić naturalnie i chociaż z nacięciem to wolę tak niż operację.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, szpital w którym rodziłam, stal się sławny za sprawą pewnego programu. I myślę że jechał na tym konika, olewajac cała reszte

      Usuń
  2. Ciężka przeprawa za Wami, ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Też uważam, że cesarka jest przereklamowana... wolę sn, ale z drugiej strony gdyby nie cesarka, to Artura i mnie nie byłoby już na świecie. Trzymajcie się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo, że w sytuacji zagrożenia to cc i nie ma gadania. A w takich sytuacjach jak nasze, to dobrze, że jest :)

      Usuń
  3. szkoda, że trafiłyście na kiepski szpital. badania powinny być zrobione i szpital powienien wziąć za to odpowiedzialność.
    najważniejsze, że teraz już wszytsko ok. a jak z tym napięciem mięśniowym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szpital był dobry, tylko potem mu uderzyła sodowa do głowy. Lekarze w Belgii nie widzą żadnego problemu z napięciem :)

      Usuń
  4. o jeju dobrze że wszystko dobrze się skończyło :) ja rodziłam naturalnie trzy razy trzeci raz urodziłąm prawie w samochodzie i amły urodził się z zapaleniem płuc ale od razu lekarz to stwierdził i spedziliśmy 9 dni na antybiotyku w szpitalu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak powinno być, taka szybka i dokładną diagnoza. Ty to tak filmowo widzę ;)

      Usuń
  5. Przeszłyście sporo. Najważniejsze, że jest ok. Zdrówka dużo dla Was!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Zryczałam się jak głupia! Buziaki dla Was, Dziewczyny :*

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku, dziękuję za pozostawienie komentarza pod tym postem i Twój czas jaki poświęciłeś aby nakreślić tych kilka słów :)

Copyright © 2016 www.ciepelkowo.pl | blog
| Magda M. Ciepełkowo