Featured

środa, 27 listopada 2013

Niespodzianka, wyniki konkursu, nominacje...

Zaczynam od nominacji :)
Chyba już kiedyś bawiłam się w ujawnianie swoich "tajemnic", ale skoro zostałam wezwana do tablicy i to potrójnie! to muszę jeszcze coś powiedzieć ;)
Zdjęcie ze strony Mamą po raz trzeci :)
Wzywają mnie Mamą po raz trzeci, Ausente Dreams i Krople szczęścia - dzięki babeczki! :)  
Moje zadanie to spowiedź :P Muszę Wam wyjawić 7 faktów o sobie, których być może nie wiecie ;)
 
1.  Matka była kiedyś blondynką. Z długimi włosami, które można było w kucyk wiązać :) I marzy mi się powrót do tego. Do blondu, do długich - nierealne.
2. Jestem centusiem :P Zanim coś kupię to myślę nad tym nawet pół roku, a potem żałuję, że wydałam tyyyyle kasy ;)
3. Nie znoszę centrów handlowych, galerii, marketów i innych "mózgo-trybów", nie znoszę zakupów, szukania i grzebania - męczy mnie to.
4. Jak byłam mała to... podkochiwałam się w swoim Tacie :P Do dziś pamiętam jak szedł z nami na spacer ubrany w granatową kurtkę i spodnie jeans, a ja zazdrościłam mamie, że jest jego żoną haha :P
5. Jako dziecko nosiłam okulary (znaczy miałam nosić, a mi się nie chciało :P)
6. Jako dziecko nosiłam (patrz jak wyżej) aparat na zęby. Teraz marzył mi się stały, ale... zrezygnowałam :P
7. Miałam 3 kolczyki w jednym uchu hahaha (już nie wiedziałam co powiedzieć ;))
 
Nie nominuję nikogo, bo zabawa trwa jakiś czas już :) Kto chce, niech się dołączy :)
 
****************************************
 
Niespodzianka... :)
Pamiętacie jak pisałam o mej wielkiej miłości do kombajnu?? :) O TU :) Nasz związek kwitnie :) Kocham go coraz bardziej i coraz bardziej się nim zachwycam :) Śmiem twierdzić, że lada moment będzie to zbiorowa histeria jak na widok śpiewającego JB (celowo nie piszę rozwinięcia, żeby mnie nie posądzili, że bożyszcze nastolatek porównuję do odkurzacza :P) - ponieważ zachwyca się nim każdy, kto go zakupił i ma ;)
Śmiałam się wtedy, że powinnam coś dostać od firmy - na prawdę się śmiałam!! 
Dlatego z szoku wyjść nie mogłam, gdy w piątek dostałam mail od firmy MPM, że trafili na mój wpis (jakim cudem?? nie wiem, ale szok jeszcze większy :)) i... mają dla mnie niespodziankę.
W poniedziałek kurier przywiózł (a może raczej Mikołaj :)) to


:) Nawet nie wiecie jak się cieszę, jak mi jest miło :)
Że Ktoś czyta to co piszę, że zwraca uwagę, że jakimś cudem tu trafia, że nie jest mu to obojętne :)
Że docenia "pracę" - bo blog to też praca.
Firmo MPM Dziękuję!! Za to co powyżej i za prezent oczywiście :)

Oczywiście jak już sprawdzę, to i o nim tu napiszę - może komuś znowu się przyda ta wiedza :)

**************************************

Wyniki!!
Konkurs był... ciężki chyba. Trzeba się było wykazać, a nie tylko skopiować, wkleić, lub kliknąć lubię to.
Mało zgłoszeń, ale i tak wśród nich musiałam wybrać te, które zwyciężą.
Poniżej nagrodzone zgłoszenia!
Gratulacje!! :)
Proszę o przesłanie na mail magdam8611@gmail.com danych adresowych (z tego maila co zgłoszenie!!) Na adresy czekam do poniedziałku.

Bezpieczniki dla dziewczynek wygrały:

1. Dzieci wiedzą, że nie mogą same przechodzić przez ulicę. Jest to bardzo ważne gdy pozwala im się samodzielnie iśc po chodniku w trakcie spaceru. Reagują także na słowo STÓJ. Były to chyba pierwsze dwie rzeczy, których ich nauczyłam abym w miarę spokojnie mogła z nimi ruszać na piesze wyprawy. Oczywiście nie oznacza to, ze ufam dzieciom w 100% - mam ich cały czas na oku i pozostaję w takiej odległości abym mogła zareagować gdyby się nie posłuchały... Emilka wie też już, że aby przejść przez ulicę trzeba się rozejrzeć na prawo i lewo aby sprawdzić czy nic nie jedzie a na przejściach ze światłami trzeba czekać na światło zielone. Przechodząc przez ulicę podnosi do góry prawą rączkę czego nauczyła sie w przedszkolu :)
2. Dzieci wiedzą, ze nad jeziorem nie wolno im samym wchodzić do wody. Kąpać można się tylko w obecności mamy lub taty.
3. Córka rozumie, ze w sklepie czy też w tłumie musi się trzymać mnie lub taty aby się nie zgubć bądź też aby ktoś jej nie zabrał. Fabian niestety jeszcze tego nie rozumie i wyjęty z wózka w sklepie biega gdzie mu się podoba - jeszcze trochę pracy mnie czeka zanim zrozumie, że tak nie wolno... :)
4. Emilka wie już, że nie wolno głaskać spotkanych psów i kotów bo mogą podrapać lub ugryźć. Synkowi tłumaczę to przy każdej okazji na spacerze, ponieważ chętnie podchodzi do kazdego spotkanego zwierzaka i chce się z nim bawić...
5. Kolejną rzeczą której uczymy to to, ze nie wolno nic brać od nieznajomych (ani słodyczy, ani zabawek itd.) a jeżeli jakaś nieznana osoba chce je poczęstować np. cukierkiem to trzeba przyjść zapytać mamę/tatę czy wolno. Nie wolno też z obcą osobą nigdzie odchodzić.
6. Córce tłumaczę też, że nikt nie może dotykać jej w miejscach intymnych. Nie wolno także pokazywac się nago przed obcymi dorosłymi czy też dziećmi. Gdyby ktoś próbował ją dodtykać lub namawiał do rozebrania się to ma mi natychmiast o tym powiedzieć.
7. Emilka zna swoje imię, nazwisko i adres. Wie też w jaki sposób zadzwonić z mojej komórki do taty gdybym np. zasłabła lub źle się poczuła... Fabianek dopiero się uczy :)
8. Z rzeczy które wydawały mi się oczywistością - nie wolno brać nic co do nas nie należy. W sklepie aby coś wziąść trzeba za to najpierw zapłacić. Dotyczy to także przedmiotów, które nie są na półce sklepowej ale np,. na podłodze lub w koszyku odstawionym do stojaka. Mila kiedyś zabrała ze sklepu spinki, które leżały na ziemi - zobaczyłam to dopiero po wyjściu ze sklepu. Wytłumaczyłam, ze to iż przedmiot leży na ziemi nie znaczy że można go zabrać. Wróciłyśmy do sklepu oddałyśmy spinki i przeprosiłyśmy. Sytuacja drugi raz się nie powtórzyła :)

Uczę tez dzieci tego, że mogą do mnie przyjść z każdym pytaniem lub problemem - zawsze ich wysłucham i razem spróbujemy coś wymyślić. Chcę aby wiedziały, że mogą zawsze na mnie liczyć...


***
 
Pewnego razu latem podczas spaceru zaczepił nas na ulicy pewien starszy pan. Nieznajomy, kojarzony tylko przeze mnie z widzenia. Tego pewnego razu zatrzymał się przy nas rowerem, coś tam do Martynki mówił i wyjął z rowerowego bagażnika lizaka chcąc jej dać. W pierwszym odruchu podziękowałam mu mówiąc że ona lizaków nie je i poszłyśmy sobie. Później oprócz myślenia po co on wozi w rowerze lizaki, zaczęłam się zastanawiać właśnie jak uczyć Martynkę że nie wolno jej niczego od obcych brać. Ameryki nie odkryłam i nic nowego w tym temacie niestety nie wymyśliłam. Co jakiś czas jej powtarzamy, że gdy ktoś nieznajomy będzie chciał jej coś dać, nie wolno brać tylko trzeba przyjść do mamy bądź taty i o tym powiedzieć. I coś tam chyba w tej naszej dwuletniej główce z tego powtarzania zostaje, ponieważ gdy na placu zabaw pewna mama chciała poczęstować ciasteczkiem, Martynka nie wzięła. Przyszła do mnie i powiedziała że chciała ciacho, oczywiście została pochwalona i dostała ciacha które zawsze ze sobą wozimy.

Innych bezpiecznych zachowań jeszcze się nie uczymy, ale lada moment pewnie trzeba będzie zacząć.

***
Ja uczę stosunku do obcych poprzez zabawe lalkami.Odgrywamy scenki w ktorych jak na 1 zdjęciu nieznajoma puka do drzwi kiedy dziecko jest same i jak na zdjeciu nr 2 kiedy obca osoba czestuje dziecko cukierkami i zacheca do spaceru.Uważam,że taka nauka poprzez zabawe jest najskuteczniejsza.
 
Bezpieczniki dla chłopców wygrały:

Tak naprawdę nie wiem kiedy jest odpowiedni czas by zacząć uczyć dzieci pewnych bezpiecznych zasad, ale na pewno lepiej wcześnie niż za późno. Zresztą po tym jak rozwija się nasze dziecko widać jakie informacje jest w stanie zrozumieć, bo to nawet nie o zachowanie się chodzi, tylko o to by dziecko rozumiało, co próbujemy mu przekazać. Mój synek ma 2 latka i prawie 3 miesiące i mniej więcej od lata, gdy dużo czasu spędzaliśmy na dworze, zapoznaję go z podstawową zasadą - trzymać się mamy. Raczej nie mam problemu z chodzeniem z nim za rączkę, ale czasem jak coś odwróci jego uwagę - potrafi nagle pobiec. Staram się więc by zapamiętał, że na słowo stop musi się zatrzymać. Proste, krótkie słowo. Nie zdanie, nie wypowiedź. Krótkie hasło dające szansę na szybkie wykonanie polecenia.
Korzystając ze spacerów zaczęłam uczyć też synka zasady bezpiecznego zachowania przy przechodzeniu przez ulicę. Tutaj znów pierwszy najważniejszy punkt - trzymanie mamy za rękę, poza tym nie wbieganie na ulicę, przepuszczanie jadących aut.
Jeszcze na początku roku mieliśmy problem ze zbytnią otwartością synka, który chętnie szedł za rękę z każdym, kto ją do niego wyciągnął. Wtedy nie uczyliśmy go, że tak nie można, bo po kilku takich razach widać było, że on jeszcze tego nie rozumie, postanowiliśmy więc dać sobie czas. Jak się okazało słusznie, synek z tego wyrósł i teraz na propozycję pójścia z kimś obcym, zdecydowanie odpowiada NIE :)

*** 

Mój szkrab  jest jeszcze zbyt młody na szczególne nauki, na razie jesteśmy na etapie jak obronić się przed upadkiem na pupę bądź co zrobić jak za dużo napcha do buzi jedzenia:). Myślę, że jak będzie trochę większy to na pewno zajmiemy się nauką bezpiecznych zachowań w stosunku do obcych. Po głowie mi chodzi, żeby ustalić z nim hasło, gdy obca osoba będzie chciała go zabrać , kłamiąc, że mamusia nie może bo pracuje, a gdy hasło się nie będzie zgadzać to już mały będzie wiedział jak głośno krzyczeć i co robić:) Będę się starała go nauczyć, żeby zbyt dużo nie opowiadał na placu zabaw o swojej rodzinie:) obcym, co może być problemem, gdyż mały przejawia już objawy gadulstwa:)

*** 


Po pierwsze - zapamiętaj jak się nazywasz i gdzie mieszkasz...
Po drugie - zapamiętaj jak trafić do domu...
Po trzecie - nie znikaj rodzicom z oczu, najlepiej złap mamę/tatę za rękę...

Bezpieczeństwo to w dzisiejszych czasach podstawa. Z natury jestem osobą przezorną, ostrożną... i strachliwą, więc wolę dmuchać na zimne.
Uważam, że na edukację dziecka w kwestii bezpieczeństwa NIGDY nie jest ZA WCZEŚNIE. I tak zanim synek wypowiedział swoje pierwsze słowa, wielokrotnie już od nas usłyszał, że ma na imię Kuba (tudzież Jakub :) ), słyszał swoje nazwisko, miejscowość, w  której mieszka, imiona rodziców. Co efekt przyniosło wielki - bo jako rozgadany dwulatek znał już całą "regułkę". Świat tak pędzi, że nie ma opcji, by unikać miejsc takich jak zatłoczone galerie, przystanki, markety. Znam sytuację, gdy 5-letnia dziewczynka zgubiła się swoim rodzicom w galerii właśnie, odprowadzona do ochroniarza potrafiła podać mu wszystkie dane, dzięki czemu przez megafon ochrona mogła zawiadomić rodziców dziewczynki.
Przed każdym wyjściem na spacer czy inną wyprawę określamy reguły - idziemy za rączkę... chyba, że pozwolę na "wolność", ale wtedy też mamy swoje zasady. Mamy nasze bezpieczne hasła, np.: "za daleko jesteś"/"nie widzę Cię", "auto jedzie"... Staram się pokazywać synkowi charakterystyczne miejsca na trasie naszych spacerów, żeby orientował się, gdzie w danym momencie jest (np. niebieski hydrant, dwie wierzby płaczące i topola, dziurawy mostek). Uważałam również za istotne, by synek wiedział, jakie linie autobusowe i tramwajowe kursują do naszej miejscowości, do pracy tatusia. W zatłoczonych miejscach najważniejszą sprawą jest trzymanie się razem - tu odstępstw żadnych być nie powinno, na krakowskim rynku czy w galerii wystarczy ułamek sekundy nieuwagi, by stało się nieszczęście. Dlatego tak wyczulona jestem w kwestii nie spuszczania z dziecka oka. Pamiętam czasy, gdy pod sklepami w moim rodzinnym miasteczku stało po kilka wózków z dzieciaczkami, a rodzice w tym czasie stali w kolejkach po mięso czy inną spożywkę - nikt wózków nie pilnował, i nic złego się nie działo. Dziś sobie takiej sytuacji nie wyobrażam. Trzeba od najmłodszego uczulać dzieci na konsekwencje tego, co może się zdarzyć i jak mantrę powtarzać dzień w dzień zasady (od bezpiecznego przechodzenia przez ulicę, poprzez bezpieczne podróżowanie w pasach, aż po bezpieczeństwo w miejscach publicznych). Nie chcę sobie wyobrażać nawet sytuacji, że coś mogłoby się stać, dlatego wolę zapobiegać, niż "leczyć" - jak to się mawia. Bezpiecznik mySafety byłby dla mnie taką miłą oazą spokoju, wsparciem.

Miłego wieczoru! :)

poniedziałek, 25 listopada 2013

Życie to książka/film??

Seriali nie oglądam poza jednym - jak to znajoma powiedziała kiedyś "M jak Młoty". Nie nałogowo, tylko kiedy mam czas i nie zapomnę.
Film zdarza mi się czasem jakiś obejrzeć. Dawniej często, teraz sporadycznie.
Książki czytam - tfu łykam. W ciągu ostatnich 5 dni przeczytałam 1000 stron.
W tym momencie włącza się mój największy minus, moja wada która jest tak wielka, jak Kanion Kolorado. Albo większa. Romantyzm. A nie dość, że romantyzm to marzycielka również... Takich powinni odstrzelać na dzień dobry :/

W każdym filmie, każdej książce (na niej się skupię) jest jakaś historia. Mówię w tym momencie o historii ludzkiej, miłosnej. Ale na mój gust to nie takiej bajkowej, z kosmosu, z baśni, ale takiej rzeczywistej, prawdziwej, takiej która może spotkać każdego.

Bo jest Kobieta. Spotyka ona gdzieś na swej drodze Mężczyznę. Ona jest ostrożna, lekko wycofana. Ma za sobą spory bagaż doświadczeń, w głowie lęki. A on wolny, rozluźniony i... zakochany. Walczy, walczy jak oszalały. Ona go odsuwa, każe mu czekać, unika. On czeka, ale wciąż jest obok, wciąż blisko, wciąż gotowy pomóc - wysłuchać, doradzić, pomóc w sprawach codziennych. Jest cierpliwy, wrażliwy. Rozmawia, adoruje, czeka, walczy. Dba i martwi się. A w końcu udaje się i tworzą parę. Nie jakąś super szczęśliwą, ale znowu taką życiową. Z problemami, ze swoimi sprawami. Mimo wszystko są razem. Ona ma wsparcie, jest szczęśliwa. On jest zawsze obok, zawsze służy dobrym słowem, uchem czy ramieniem. Jest miłość niewinna, jest przyjaźń, są i chwile namiętności. Często. Doskonale można wyczytać, że facet ma "świra" na punkcie wybranki, jej umysłu i jej ciała. Cóż, taki facet normalny. Taki związek dla mnie normalny. Realizacja marzeń, zaskakiwanie się wzajemne, randki, a potem życie. Wspólne życie. Wspólne przeżywanie i radość z ciąży, z dzieciątka. Zmartwienia również. Ale zawsze razem, zawsze... I opisy na linii ojciec - dziecko. Takie realne, cudowne...

Nie ukrywam, że z powodu moich wad i mnie się takie życie marzyło. Taka radość, taki związek, taka rodzina i wspólne przeżywanie najważniejszych momentów.
Ale teraz zastanawiam się czy to nie wymysły pisarzy, reżyserów. Zastanawiam się czy w życiu na prawdę może tak być, czy na prawdę można stworzyć taki fajny związek.

Piszę ten swój pamiętnik prawie 4 lata. Zawsze byłam tu szczera. Radość przed ślubem, ślub i to co później...
Gdybym miała streścić teraz to wszystko w kilku linijkach to... Radość, ale praktycznie samotne przygotowania do ślubu. Ślub, a 2 miesiące później wszystko się posypało... Wszystko... Pisałam, że Em nie była hmm... planowana. On chciał, ja nie. Ale jest. I jest moim największym szczęściem. Mogłabym cofnąć czas, gdybym miała pewność, że ona zostanie, że nie zniknie. A pomimo tego, że chciał, to sama byłam w ciąży, sama byłam po porodzie. Teraz jest ciut lepiej, jeśli chodzi o stosunki tata - córka. Znaczy, wróć. Nie sama. W ciąży mogłam liczyć na mamę, na tatę. Pod koniec bardzo, ogromnie na brata... Po porodzie gdyby nie moja mama głównie to nie wiem co by było. Gdyby nie mój brat. Na niego mogę liczyć i teraz. Wielu rzeczy nie wiedzą rodzice a wie on...
Ale...

Dopiero wczoraj, po prawie 6 latach związku, 3,5 roku małżeństwa, po ponad 2 latach Em na świecie, po ponad 3 latach małżeństwa w zasadzie na papierze... Miałam wrażenie, że był szczery. Dopiero wczoraj dowiedziałam się czemu w ciąży i po urodzeniu Em zostałam sama ze wszystkim. Dlatego, że... jego to przerosło... Myślałam, że "przerasta" tylko nastolatków z wpadki. Myliłam się... Jego przerosło, a mnie nie mogło. A potem poczuł się odsunięty... Z tym to mogę się nawet zgodzić.

Tak będąc szczerym to... To my pomimo 6 lat znajomości, nie znamy się. Nie wiemy nic o sobie, nie rozmawiamy. Nie jesteśmy przyjaciółmi. Pomimo prawie 4 lat po ślubie nie ma bliskości, czułości... Nie ma podstawowych i najważniejszych spraw w małżeństwie. Może nie potrzebnie tak szybko wszystko... Coraz częściej myślę, zastanawiam się czy ja go aby nie zmusiłam w jakiś sposób...

Wiem, wiem, że podobne związki jak opisałam (te z książki) istnieją. Wiem, że są tacy mężczyźni. Nie wiem czy są inni - tacy hmm pracowici, ale zimni, mało uczuciowi, tacy... nie wiem jak ich nazwać. Nie źli. Ale inni...

I tak się zastanawiam co zrobiłam źle. Gdzie popełniłam błąd... Czy jest jeszcze nadzieja?? Czy jest szansa by naprawić, uratować?? Bo od zera zacząć się nie da...

Ciężko mi o tym pisać. Ciężko bom wrażliwa, romantyczka, marzycielka itp. Ciężko bo sił brak i nadziei. Ciężko bo płaczę... Ciężko bo wstyd, ciężko bo się otworzyłam, ciężko bo moi bliscy będą to czytać. Ciężko... Ale ja już po prostu nie mogę, nie umiem już tego dusić i udawać, że jest ok...

************************************************

Fragment o cudownym związku, to krótka recenzja wspaniałej historii jaką miałam okazję przeczytać. To książki Pani Anny Ficner-Ogonowskiej, noszące tytuły: "Alibi na szczęście", "Krok do szczęścia", "Zgoda na szczęście". Wspaniałe, zwłaszcza dla takiej romantycznej duszy jak ja... Widzę, że jeszcze muszę jedną część zdobyć - ostatnią - poczytać. W każdym razie POLECAM gorąco każdemu!

ps. Proszę nie myśleć o mnie źle, lub o Nim... Widać kręte są ścieżki...

sobota, 23 listopada 2013

Na osłodę ;)

Jakieś 1,5 miesiąca temu odwiedził mnie niespodziewanie kurier. Oczywiście z niespodziewaną przesyłką - dlatego, że miała być końcem sierpnia, potem nie miało jej być, później miałam dostać informację i cisza... Mówiąc szczerze zapomniałam o niej, nie spodziewałam się, zaczęłam swoją dietę i... bach! Wkurzyłam się - nie ukrywam. Ale przyjęłam bo nie wiedziałam co to i cóż miałam zrobić... Trzeba było wykonać zadanie którego podjęłam się kilka miesięcy wcześniej. Moje wkurzenie wynikało stąd, że wspomniana przesyłka... Sami zobaczcie ;)
Tak, była wieeeelką paką słodkości od Gellwe ;) Znalazłam w niej:
- różne babeczki i ciasta
- budynie i kiśle
- kawy i kakao
- proszki do pieczenia, cukry waniliowe, przyprawy, sody, płatki itp itd ;)




Markę Gellwe znam nie od dziś i nie od dziś korzystam z ich produktów. Jak dla mnie są rewelacyjne - wszystkie bez wyjątku :) Ale... prawda jest taka, że nie wszystkie znałam. Np. tego, który "testowałam" jako pierwszy nie...
Na pierwszy ogień poszła kawa 3w1 La Mattina :)
Jak się taką kawę robi to wiadomo ;) Ale smakować mogła różnie. Powiem Wam, że dobra :) Nutka orzechowa. Fajny zapach i jak dla mnie idealnie dobrana ilość cukru w torebce. Jakoś tak się nauczyłam, że każdą kawę 3w1 muszę lekko dosładzać. Tej nie musiałam :) Bratu-kawoszowi również zasmakowała :) Polecam!

Że matka nie jest kulinarnym mistrzem to każdy wie ;) Nie lubi i nie umie przebywać w kuchni więcej niż to konieczne. Nie umie i nie znosi gotować, bo zawsze coś jest nie tak z doprawieniem potrawy :P Lepiej jest z pieczeniem - tu już zdarzyło się kilka razy, że sama coś zrobiłam (upiekłam) i co najdziwniejsze wszystko wyszło i było smaczne ;) Taka już jestem. W każdym razie nie ukrywam, że podobają mi się gotowe smakołyki, tzn. takie torebkowe, co mam tylko coś dodać (ilość wskazana :P), wymieszać, wsadzić w piekarnik, wyjąć i... gotowe ;)
Pewnego dnia od bladego świtu, moje małe dzieciątko zarządziło "Mamusia robimy babeczki". Chwała kurierowi! Matka nie mająca składników i babeczkowych umiejętności, z szafki wyciągnęła takie prawie gotowe "coś" ;)
Babeczki z kokosem mmmm pycha :) I do gotowania z małą kucharką idealne :) Szybko i bez problemów można je wykonać. Na pudełku znajdziemy listę na zakupy ;) Dokładne wskazówki do wykonania. W pudełku są foremki na babeczki, proszek do przygotowania babek i nadzienie :)
Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to jak dla mnie za mało ciasta na tyle foremek. Starałam się odmierzać łyżką czy też łyżeczką wg. wskazówek, a jedne wyszły mniejsze baby inne większe. A może to mój brak doświadczenia ;) Nie mam pojęcia. W każdym razie babeczki były pyszniaste! Sama się skusiłam :) POLECAM!
Po babuszkach z kokosem czas na budyń :) Szybki do zrobienia, ale nie wystarcza na tyle salaterek ile tam podano. Chyba, że ktoś ma na myśli salaterkę wielkości hmm malutkiej filiżanki ;) Dodatkowo co mi w nim nie spasowało, to to, że był gorzki... Przyzwyczajona jestem do tego, że budynie mają w sobie troszkę cukru i nie trzeba ich specjalnie dosładzać. Tutaj nie doczytałam, że jest bez cukru i cóż. Młoda zjadła, mąż marudził ale zjadł również - chyba nie było tak źle :)

Ostatnią rzeczą jaką wypróbowałam (po raz kolejny zresztą) jest kawa Cappuccino. Nie piłam jej pierwszy raz :) Nie ukrywam, że smakuje mi bardzo.
Smak wanilii, ale czuć nutkę orzechów laskowych - tak mi się wydaje. Pyszna nawet bez słodzenia :) I nie dawałam tyle łyżeczek ile na opakowaniu - sypałam mniej o 1 czasem 2 łyżeczki :)
Na dziś koniec :)
Dziękuję firmie Gellwe za tą niespodziewaną pakę ;)
A Wam - wytrwałym - dziękuję za uwagę :)
Życzę dobrej nocy i miłej niedzieli!





środa, 20 listopada 2013

Zdjęciowo

Dziś znów zdjęciowo będzie - nazbierało się ich, a ja pochłonięta pracami świątecznymi i lekturami, nie mogę zebrać się do napisania dłuższej wiadomości. Postaram się to zmienić, aczkolwiek co już postanowione, będę się powoli żegnała...
W każdym razie, na pierwszy ogień zaprezentuję Wam wygraną w szybkim konkursie ;)
Mydełko od Mydłofaktura - zachęcam do poczytania o mydełkach na ich stronie :) Wszystko robione naturalnie! Głowa mała :) Siedziałam i czytałam, co do czego dobre, oglądałam. Wybrałam teraz mydło kakaowe, ale mam jeszcze kilka na zaś ;) Skuszę się pewnie już nie długo ;)
Tak wygląda moja nagroda :)




Teraz zdjęć będzie jeszcze więcej ;) Po pierwsze zmiany w Emilkowym pokoiku. Szukałam jakiś półeczek i wpadłam na post Mamy-grandy :) Oczywiście pomysł odgapiłam ;) Blog fajny, zapraszam - ma dziewczyna głowę :) Ja jedynie półeczki pomalowałam na kolory jakie wybrała sobie córa.
Na najwyższej półeczce będzie pewna towarzyszka - prezent gwiazdkowy, który póki co rodzi się u Ani :) Mam nadzieję, że nie w bólach ;)
Poza półeczkami... Zobaczycie zaraz :)) I u Em i u Nas zagościły :) Mimo wszystko, mimo całego żalu, warto było :)) To mój absolutny HIT!! Jestem zauroczona, zakochana i na ich widok śmieję się jak głupia :P Ale warto, bo nawet moja córa chodzi i mówi, że jest "Przepięknie" i zaciesza się wraz z matką :)
Moje marzenie - kolejne spełnione :))











Tyle na dziś :) Nieśmiało o konkursie przypominam :) Czekam na kolejne ciekawe pomysły :)
Odmeldowuję się z lekturą ;)
Dobranoc!

poniedziałek, 18 listopada 2013

O mej miłości...

Ciche, mistyczne Tatry, owe wieczne głusze
zimowych, śnieżnych pustyń, owe zapadliska
niedostępne wśród złomów, gdzie jeden się wciska
mrok i gdzie wicher końcem swych skrzydeł uderza
z głuchym jękiem, jak końskie na polu kopyto,
uderzające w zbroję martwego rycerza:
ty, pustko, w siebie wołasz błędną ludzką duszę...

Kazimierz Przerwa-Tetmajer 
"Ciche, mistyczne Tatry"

Tak mnie na wspominki wzięło... Mało w tym roku ich widziałam. Prawie nic. Weekend króciutki - piątek wieczór co burze straszne przechodziły, sobota z mgłą i ulewą ale spacer był, niedziela cudowna - wracać trzeba było, więc tylko wspiąć się w stronę Gubałówki, popatrzeć i wracać. Mało, za mało... Ciągnie mnie tam tak straszliwie, że kto gór nie lubi, nie kocha, nie umie sobie wyobrazić. Aż serce tęsknota ściska, żal jakiś dziwny. Za niczym tak nie tęsknie jak za nimi... Niczym - mam na myśli miejsca oczywiście. W głowie tysiące myśli - co bym chciała zobaczyć, gdzie bym chciała być. Szukanie, oglądanie. Ulice znam, w Zako jak u siebie się czuję. Ale tyle bym zobaczyć chciała. Poza tłum wyjechać, uciec jak ostatnio w doliny.
Dlatego dziś zdjęć dużo będzie. Z wyjazdu. I z miejsca gdzie kiedyś mieszkałam. Gdzie myślałam, że będzie mi dobrze. I mojej rodzinie. Z miejsca, z którym serce swe wiązałam, wymarzone wprost było. Widzę, że zbyt piękne by prawdziwym się stać miało... Ale gdy tam jadę to patrzę. Podziwiam. Po drodze mam taki odcinek - szczytem droga idzie. Po lewej Kraków - światła, smog - nic mnie tam nie trzyma. A po prawej... Góry. Tatry czasem widać. Słońce, mgła, zachody słońca - mogę stanąć na poboczu i godzinami patrzeć...
Tak więc zdjęcia. Zabawa aparatem również. I przy okazji powiem, że na Mikołaja sobie prezent sprawić muszę ;) Statyw jakiś kupić. Bo niektóre zdjęcia z ręki robione, na szybko bo pada, bo ktoś pogania - nie wychodzą. O obiektywach nie mówię - może kiedyś...
I ciekawostka - tak na "upartego" to do gór mnie ciągnie i do górali również jak widać ;) Nie, nie mówię o pieczywie tutaj :P Mąż mój - o nim mowa ;) Wiedział ktoś?? Ha! Pewnie nie :) Córa też góraleczką zalatuje ;)
Ale dosyć gadania, kto ma ochotę, zapraszam do oglądania mojej miłości :)

ps. Konkurs trwa! Czekam na kolejne zgłoszenia! :)











Pyszne jedzonko tu było, no i klimat :)

Góralska rosa :)
Tu myślałam, że odnalazłam swoje wymarzone miejsce na ziemi...








Na koniec moja góralecka co zima jej niestraszna i osobisty góral :P


Kto dotrwał, to dobrej nocy :)





Copyright © 2016 www.ciepelkowo.pl | blog
| Magda M. Ciepełkowo